kateriddle
Skrzydła. @ 2006-06-28 12:00

Kate siedziała naprzeciwko kominka z uniesioną dłonią. Ledwo widoczna, maleńka i blada iskierka migotała nad paleniskiem, ale nie chciała zapalić drewna. Kate odpuściła na chwilę. Wzięła kilka głębokich oddechów i spróbowała jeszcze raz. Tym razem iskierka rozrosła się i podjuszyła ognisko.

- Brawo! – Kate nie zdziwiła się, widząc nagle obok Księcia Gustawa. Wstała z posadzki i skinęła głową na jego ukłon.

- Dziękuję, starałam się chyba od godziny.

- Jednak Christofer potrafi zmusić do nauki.

- Mnie nie trzeba do niczego zmuszać.- zapadła na chwilę cisza. Kate nie miała ochoty na żadną rozmowę. Wreszcie udało jej się zaklęcie bez różdżki, chciała jeszcze poćwiczyć przed jutrzejszą lekcję magii. Miała odbyć się wieczorem, od rana plan przewidywał lewitację i Elfią historię magii. Książe Gustaw wyszedł po chwili, widząc brak entuzjazmu z jej strony. Usiadła z powrotem na posadzce i podniosła rękę. Skierowała ją na kufer, stojący pod oknem. Otworzył się łomotem, a ze środka wyleciała szara paczuszka i poszybowała w jej stronę. Kate chwyciła ją i poczuła dziwne ciepło Kamienia Filozoficznego. Czy to możliwe? Co ona miała z tym wspólnego? Rozłożyła szary papier i przyjrzała się czerwonej bryle. Pulsowała nie tylko ciepłem, ale światłem, które rzucało blade strugi na komnatę pogrążoną w półmroku. Co za zjawisko… Kate nie mogła oderwać oczu od kamienia. Zalśnił w jej źrenicach. Nagle zerwała się i zapakowała kamień w papier i wrzuciła do kufra, zatrzaskując wieko. Wiedziała już, co to było za zjawisko. Zjawisko, które uzależnia od posiadania kamienia. Przysięgła sobie, że więcej nie weźmie go do rąk.

Rano wstała bez problemu, tuż przed skrzekliwym ptakiem. Zbiegła do sali na śniadanie i przywitała się ze wszystkimi. Jedzenie w pałacu było wyśmienite, toteż zajadała się bagietkami z serem w sosie własnym.

- Widzę cię za pół godziny na dziedzińcu, moje dziecko. – powiedziała Księżna Alexandra, wstając od stołu. – Zaczynamy lekcje lewitacji.

- Tak, pamiętam. – odparła i dokończyła śniadanie w towarzystwie milczącego Księcia Gustawa i Christofera. Ani jeden, ani drugi nie był skory do rozmowy, co jej zresztą nie przeszkadzało.

Wybiegła na dziedziniec, przeskakując rabatki. Księżna czekała już na nią, wisząc w powietrzu. Zleciała na dół i zaczęła:

- Unieś się na wysokość metra.

Kate zwątpiła, ale nie zapytała o nic. Zamiast tego skoncentrowała się na tym, co chciała zrobić. Nie oderwała się jednak od ziemi, mimo szczególnych starań. Księżna cmoknęła z niezadowoleniem i pokiwała głową na boki.

- Rozłóż skrzydła! – Kate nie wytrzymała.

- Z całym szacunkiem, ja nie mam skrzydeł… - odwróciła się, żeby pokazać typowo ludzkie plecy bez skrzydeł.

- Wewnętrzne skrzydła. – wyjaśniła Księżna, choć Kate nie dużo zrozumiała – Powiedz sobie, że się wzbijasz w górę, że potrafisz to zrobić! Nie potrzebujesz do tego skrzydeł, takich jak te. – wskazała na swoje.

Kate zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że unosi się nad ziemią. Tak mono tego zapragnęła, że stopy oderwały się od ziemi na jakiś cal. Potem coraz wyżej i wyżej…

- Wystarczy! – głos nauczycielki wyprowadził Kate ze stanu koncentracji i z impetem spadła na dziedziniec. Odczuła bolesny upadek z dobrych kilku metrów. – Na dzisiaj chyba dosyć…

Zgodziła się z tym, tym bardziej, że wszystko ją bolało przez najbliższy tydzień.


Komentuj [1]


Sensei, Christofer, Sensei @ 2006-04-15 19:33

Obudził ją skrzek. Najpierw miała wrażenie, że nadal znajduje się w Hogwarcie i że jakiś półinteligent nasłał na nią swoją sowę. Potem jednak zdała sobie sprawę, że jest w swoim nowym pokoju u Elfów. I że skrzek jakiegoś niezidentyfikowanego ptaka oznajmia jej właśnie, że czas wstawać. Niechętnie zrzuciła z siebie kołdrę i stanęła na zimnym parkiecie. W komnacie panował ogólny chłód z powodu ogromnej powierzchni i wysokiego sufitu.

Kate jednak podejrzewała, że nie było tu ogrzewania. Podeszła do kominka i wycelowała różdżkę w drewno.

- Lumos. – w kominku zapłonął ogień, choć zanim nagrzał połowę komnaty, Kate musiała wychodzić na dziedziniec.

Był piękny. Marmurowy, okrągły, z fontanną na środku. Pierwsza lekcja miała się zacząć za dwie minuty. Kate nie znosiła się spóźniać, dlatego była rada, że w porę odnalazła hall i wyszła z pałacu. Po chwili ujrzała zbliżającego się do niej wysokiego Christofera. Chcąc zacząć przyjemnie, uśmiechnęła się do niego. Podszedł bliżej i zmierzył ją zimnym spojrzeniem.

- Nie wiem, czemu, ale cię nie lubię…

- Jest pan szczery, jakby to ująć, aż do bólu… - odparła, trochę zaskoczona.

- Taak… Ale mam cię uczyć czarów, więc zapomnijmy o osobistych uprzedzeniach. – Kate uniosła brew do góry. – Za mną! – rzucił nauczyciel. Podejrzewała, że ten zwrot często będzie do niej tak właśnie rzucany.

Przeszli przez dziedziniec i poszli na polanę. Kate miała na nią widok z okna komnaty. Stało tam samotne drzewo o wrzosowych kwiatach i dziwnych, powyginanych liściach. Tuz pod nim zatrzymał się Christofer.

- Jakie znasz zaklęcia? – było to na tyle nieścisłe pytanie, że Kate pozwoliła sobie na delikatną ironię.

- Takie, które się rzuca. – Christofer zgrzytnął zębami i wycedził:

- Bardzo śmieszne.

- Pan wybaczy, nie miało być śmieszne. Znam dużo zaklęć. Mieszkałam u wujka, który przywiązuje dużą wagę do wykształcenia magicznego, szczególnie mojego.

- Podstawowe?

- Oczywiście.

- Użytku gospodarczego, twórczego, naprawczego?

- Większość.

- Niewybaczalne?

- Znam. – przyznała się od razu. Nie było co kłamać. Wszyscy wiedzą, że jej wuj babrał się czarną magią. Christofer nie zdziwił się.

- Przy użyciu różdżki?

To pytanie zaskoczyło Kate, ale odparła.

- Tak, nie opanowałam jeszcze zaklęć niewerbalnych.

- Nie pytam o zaklęcia niewerbalne, tylko o to, czy  czarujesz przy pomocy różdżki. Drobna różnica.

Kate poczuła się głupio zbita z pantałyku. Pokiwała głową, zaraz jednak dodała na głos, że „przy użyciu różdżki”, nie wiedząc, jak Christofer zareaguje na jej niewerbalną odpowiedź.

- O to właśnie chodzi. Odłóż różdżkę i patrz.

Podniósł rękę i skierował dłoń na kwieciste drzewo. Po chwili ziemia wokół zadrżała, a drzewo wyrwało się z niej, jak byle patyk, gubiąc pod drodze do góry grudy gliny. Liście wyprostowały się, a kwiaty zmieniły barwę na wściekle czerwoną. Potem proces został odwrócony i już po kilku sekundach nie było żadnych śladów po dewastacji tej części polany.

- To – powiedział – jest biała magia. – Jeśli nie zrozumiesz tego od razu, nie będę powtarzał.

- Metoda złudnie najlepsza, panie Christofer…– ten komentarz nie spodobał się mężczyźnie.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- To praktyka czyni mistrza.

- Chcesz być mistrzem?

- Jeśli pan będzie potrafił go ze mnie zrobić, to z miłą chęcią.

Christofer zastanowił się chwilę  i powiedział, przyglądając jej się od góry do dołu:

- Zaczynam cię jednak lubić, Kate…

Na jej twarz nie wlał się uśmiech zimnej satysfakcji, czego Christofer się zapewne spodziewał. Na jej twarz wlała się dzika ambicja, rzadko spotykana u młodzieży magicznej.


Komentuj [4]


Wolfmind @ 2006-03-01 20:30

Kate zeszła do sali obiadowej. Ta również była szklana. Ogromne okna sięgające do sufitu wzbudzały w dziewczynie pewnego rodzaju niepokój i podniecenie. Będzie tu teraz mieszkać. Jak dużo ma do poznania? Nie zdziwiła się, że musiała na siebie założyć jakąś tunikę. Jak zauważyła, jej nowy nauczyciel i kilkoro zebranych przy stole Elfów mieli na sobie coś podobnego. Tylko Księżna Alexandra była w swojej sukni. Kiedy Kate przywitała się skinieniem głowy ze wszystkimi, Elficzka powiedziała:

- Książę Gustaw Wolfmind II powinien zaraz przyjść. Ćwiczy szermierkę na dziedzińcu. – potem wdała się w rozmowę z białowłosym Elfem obok. Kate pomyślała, że imiona tu są bardzo „ciekawe” i zaśmiała się w duchu. Ledwie jednak zdążyła zacząć posiłek, a do sali ktoś pospiesznie wszedł. Młody chłopak, na oko koło piętnastu lat. Uszy miał Elfie, ale tylko i wyłącznie uszy. Nie miał charakterystycznej, pociągłej twarzy i jasnej cery. Był raczej klasycznie zarumieniony, miał czarne włosy, wyraźnie zarysowane brwi i błędny wzrok. Skłonił się nisko wszystkim, a gdy zobaczył Kate skłonił się jeszcze niżej.

- Witam. – powiedział, uśmiechając się lekko. – Profesor Dumbledore, jak mniemam ma się jak zwykle dobrze?

- Oczywiście. – odparła Kate i skinęła głową. Reszta obiadu upłynęła w ciszy. Kate miała potem  problem natury grzecznościowej. Mianowicie nie wiedziała, czy może wstać od stołu, tak aby nie urazić nikogo z zebranych. Z opresji wyratował ją sam Książę Gustaw, dziękując za obiad. Kate zrobiła to samo i udała się do swojej nowej sypialni. Na miejscu zobaczyła, że ktoś ułożył na jej łóżku stos książek. Przejrzała się powierzchownie. Nie było tam podręczników z Hogwartu, ale powieści, „Elfia historia Magii” i „Nauczanie sztuk pięknych – magia biała i czarna” i tym podobne. Zatonęła w lekturze i nie spostrzegła nawet, kiedy zapadł zmierzch.


Komentuj [6]


Ściany z marmuru, schody ze szkła... @ 2006-02-23 14:22

Dla Kate czas płynął szybciej. Zaledwie zdążyła się spakować i oddać książki do biblioteki, a już stała na peronie, czekając na pociąg, który miał ją zabrać do Londynu. Tam miał być jej nowy nauczyciel. Kiedy przeszła przez barierkę na King Cross od razu ktoś złapał ją za ramię. Odwróciła się i spojrzała do góry na wysokiego mężczyznę.

- Kate Riddle? – zapytał i nie czekając na odpowiedź wziął jej kufer.

- Od urodzenia… - powiedziała pod nosem i poszła za nim. Poprowadził ja na nieczynne tory. Teren był zagrodzony, ale przeszli pod szlabanem i stanęli przy jakiejś starej oponie. Kate od razu zrozumiała, że to świstoklik.

- Dumbledore ci wytłumaczył, że teraz będziesz podporządkowana naszemu czasowi? – zapytał, patrząc na zegarek.

- Tak. Idę w końcu do elfów…

- No właśnie. Nasze lata lecą szybciej. Musisz się do tego przyzwyczaić.

- Dobrze. – powiedziała i uśmiechnęła się w duszy. Zaczyna nowe życie.

- Chodźmy. W zamku już nas oczekują. – złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do opony. Po chwili poczuła szarpnięcie, a w głowie jej zawirowało. Upadła na trawę. Na nieziemsko zieloną i miękką trawę, która w niczym nie przypominała trawy na błoniach Hogwartu, czy w mugolskich ogrodach. Wstała i podniosła swój kufer. Rozejrzała się ostrożnie. Wokół niej były najróżniejsze drzewa, krzaki i kwiaty. Znajdowała się w lesie, a raczej na jego skraju. Przez korony przebijało się światło słoneczne i rzucało na nią długi cień. Ten cień należał do owego mężczyzny, o którym w tym momencie w ogóle zapomniała.

- Za mną, proszę. – powiedział i ruszył wąska dróżką wśród drzew.

Mętlik w głowie, spowodowany podróżą powoli mijał i teraz Kate usłyszała śpiew ptaków i jakieś nawoływania.

- Christofer! Christofer! Nareszcie…

Kate wyjrzała zza Christofera, spodziewając się ujrzeć jakąś przemiłą dziewczynę, do której głos musiał należeć. Nie spodziewała się jednak ujrzeć jej kilka stóp na ziemią.

Elficzka miała brzoskwiniową cerę, niebieskie, wyraziste oczy i długie blond włosy, w które wczepione były dziwne trawy i kwiaty. Ubrana była w bardzo wystawną, łososiową suknię balową z kokardami i pantofelki tego samego koloru.

Zleciała na dróżkę, stając obok i Kate zauważyła, że Elficzka ma mieniące się, przezroczyste skrzydełka, którymi dopiero teraz przestała machać.

Na głowie, między kwiatami i trawami miała koronę. Dziewczyna zreflektowała się i dygnęła lekko.

- Witaj, Katherine Riddle, jak mniemam. – powiedziała Elficzka i odkłoniła się. – Jestem Księżna Alexandra I. Będzie mi bardzo miło gościć cię w moim zamku. – uniosła rękę i kufer Kate powędrował do góry, żeby chwilę później zniknąć.

- Jest już w twojej sypialni. – wyjaśniła Księżna i nakazała podążać za sobą. Cała trójka wyszła z lasu. Polana również szybko się urwała i oczom ukazał się wielki, piękny perlisty zamek, z wysokimi i smukłymi wieżami. Naokoło ogrody, tarasy, dziedzińce. Wszystko na tle strzelistych, zamglonych gór. Coś zupełnie przeciwnego Hogwartowi.

Na wielkich schodach przybiegli do niej inne Elfy i kłaniając się nisko zaprowadziły ją do sali wejściowej. Zamek w środku nie był z kamienia, ale tak jak od zewnątrz w marmuru.

Księżna odeszła wraz z mężczyzną w długi korytarz, mówiąc, że oczekuje Kate za godzinę na obiedzie. Dziewczyna weszła po szklanych schodach na samą górę, gdzie przydzielono jej pokój. Zamek był niezmiernie wysoki, schody kręte, a Elfy nadzwyczaj milczące.

Kiedy otworzyła drzwi sypialni zobaczyła to, co sobie wyobrażała. Dość duże pomieszczenie z nadmierną ilością okien, eleganckimi meblami i miękkim, kolorowym dywanem. Łóżko miało miodową kotarę jako baldachim i ręcznie haftowaną pościel. Szafa była z ciemnego drewna, podobnie jak stół i komoda. Pod jednym z okien stał kwietnik o dziwnym kształcie. Same kwiaty też nie przypominały żadnych, dotąd znanych Kate.

Usiadła na łóżku, a stwierdziwszy, że wcale nie jest takie miękkie, na jakie wygląda, otworzyła swój kufer. Wyjęła z niego po kolei swoje rzeczy, a na końcu małą paczuszkę owiniętą szarym papierem. Kamień Filozoficzny. Po chwili jednak włożyła go z powrotem do kufra i zatrzasnęła wieko.


Komentuj [4]


Mile niewidziana. @ 2006-02-22 14:28

„Panno Riddle, czekam na panią przed skrzydłem szpitalnym. Pan Matthew Farel ma lekkie obrażenia i jest nieprzytomny, a ja sądzę, że wie pani, jak do tego doszło.”

 

Kate zastanowiła się chwilę. Dlaczego to ona miałaby wiedzieć? Mimo wszystko ubrała się i zbiegła do pustego pokoju wspólnego. Potem cicho po schodach w lochach i na górę pod skrzydło szpitalne. Dumbledore czekał tam na nią. Uśmiechnął się do niej, kiedy pokazała się za zakrętem i wprowadził do szpitala. Zobaczyła tam Farela, który leżał nieprzytomny na łóżku. Wyglądał zupełnie inaczej, niż te kilka godzin wcześniej w pokoju wspólnym. Był blady.

- Nic mu nie będzie. Pani Pompfrey już szykuje wywar, który postawi go momentalnie na nogi. – powiedział dyrektor – Wszedł na korytarz na trzecim piętrze. Bardziej się wystraszył, niż mu się coś stało, ale chciałbym wiedzieć, co tam robił. – wbił wzrok w Kate.

- A dlaczego ja miałabym to wiedzieć? – zdenerwowała się Kate.

- Ponieważ sama już wiesz, co tam jest.

- Nie wiem. Ryczeć może wszystko. Ja tylko słyszałam hałas.

Dumbledore zrobił minę pełną zrozumienia.

- Dobrze. Słuchaj, tam jest pewien strażnik, który pilnuje czegoś mi bardzo drogiego.

Kate kiwnęła głową.

- Ale jak ja mogę panu pomóc?

- Już ci wyjaśniam, Kate. Zapraszam cię na herbatę do mojego gabinetu.

Kate nie miała nic przeciwko. Stanie przez chwilę w zimnym skrzydle szpitalnym nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy. Poszła za dyrektorem do jego gabinetu i usiadła na miękkim krześle tuż przed biurkiem.

Ten milczał przez chwilę i w końcu zaczął:

- Mam przyjaciela. Nazywa się Nicolas Flamel. Razem z żoną żyją już ponad sześćset lat.

- Słyszałam, panie dyrektorze. Wraz z panem stworzył Kamień Filozoficzny. Eliksir życia, prawda?

- Tak. Czy wiesz, gdzie się teraz znajduje?

- Nie mam pojęcia… - zaczęła Kate, ale zaraz urwała. – Na trzecim piętrze.

- Właśnie. Ale wiem, że Hogwart nie jest najlepszym miejscem na jego przechowywanie. Dlatego mam dla ciebie propozycję. Chciałbym, abyś opuściła szkołę i została strażniczką mojej tajemnicy.

Kate otworzyła szeroko oczy i zamarła. Czy Dumbledore sobie z niej żartuje?

- Musiałabyś się wtedy przenieść w inne miejsce. Oczywiście, nadal pobierałabyś naukę magii, miałabyś własnego nauczyciela. Wybrałem ciebie, bo…

- Bo mnie tu nie powinno być. – dokończyła Kate. – Moje nazwisko nie jest zbyt mile widziane, moja obecność w Slytherinie drażni zarówno szkołę, jak i Ministerstwo. Wiem, panie dyrektorze.

Uśmiechnął się. Nie spodziewał się zapewne, że tak od razu wszystko zrozumie.

- Oczywiście, nie musisz się na to zgodzić. Możesz zostać w szkole, nie chcę się ciebie pozbyć. Sądzę jednak, że to byłoby najlepsze rozwiązanie. Nie zauważyłem, abyś się zaaklimatyzowała w Hogwarcie i żeby ci się tu szczególnie podobało, więc zwracam się właśnie do ciebie.

Kate zobaczyła nagle drzwi. Wyjście z sytuacji, która ją tak przytłaczała. Mogłaby na własną rękę poszukać informacji o rodzinie. Mogłaby nieć święty spokój, bez dociekliwych spojrzeń, bez pytań, bez Pottera, bez Malfoy’a.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby pana nie zawieść. – odparła głośno.

- Bardzo się cieszę, Kate. Bardzo się cieszę…


Komentuj [1]


Norma normą, nadal źle... @ 2006-02-19 11:41

Tydzień później na zajęcia wrócił ów pucołowaty chłopiec. Nadgarstek, który porządnie stłukł przy upadku już go nie bolał. Na lekcjach eliksirów znów wybuchł jego kociołek. Mogłoby się zdawać, że wszystko wróciło do normy. Jednak nie dla Kate. Dziewczyna nadal pamiętała krzyk Trytonki i pisk w lesie. Wszyscy Ślizgoni z jej roku warczeli na nią, w tym oczywiście Malfoy. Nie robiła sobie z tego kompletnie nic. Wolne chwile spędzała bibliotece, albo na błoniach. Kilkakrotnie dostała zaproszenie na herbatkę do Hagrida, ale grzecznie odmówiła. Mogłaby tam spotkać Pottera, a tego definitywnie nie chciała. Harry Potter po tym incydencie z Mcgonagal został nowym szukającym Gryfonów. Szok dla całej szkoły.

Któregoś wieczoru Kate wyszła z biblioteki późno, a kiedy doszła do lochów, okazało się, że hasło zostało zmienione godzinę wcześniej. Ze złości kopnęła w ścianę i zaklęła pod nosem, co rzadko jej się zdarzało. Wtem usłyszała cichy śmiech za sobą. Była pewna, że to któryś pierwszoroczny ze Slytherinu, który nadal ma jej za złe obronę dobrego mienia Pottera. Odwróciła się z morderczym spojrzeniem i ze zdumieniem zobaczyła Matthew Farela, drugorocznego Ślizgona o lazurowych oczach, którymi czarował wszystkie dziewczyny na swoim roku.

Kate prychnęła jak kot. Chłopak roześmiał się w głos i rzucił ciepło:

- Uwzięli się na ciebie, co? – zerknęła na niego zdezorientowana i przytaknęła. – Belzebub. – mruknął, a ściana rozmyła się, ukazując wejście do pokoju wspólnego.

Nie było tam nikogo, jeśli nie liczyć Malfoy’a. Kate skierowała się do swojego dormitorium, ale Dracon odezwał się, zanim zdążyła postawić stopę na schodach.

- Nadal żałujesz, że trafiłaś do Slytherinu? Niedługo będziesz żałować jeszcze bardziej.

- Daj spokój, chłopczyku. – przerwał mu Farel – Masz jej za złe, że nie mogła słuchać twojego nadętego pieprzenia?

Mina Malfoy’a rozbawiła Kate. Wyglądał, jakby ktoś dał mu po twarzy pokrzywą umaczaną w smoczym łajnie. Farel puścił do niej oko i przechodząc obok niej zniknął za drzwiami dormitorium chłopców drugiego roku. Dziewczyny w sypialni czytały na głos jakąś czarodziejską gazetę. Kate to o dziwo nie przeszkadzało. Nie mogła zasnąć jeszcze długo po tym, jak wszystkie pozostałe zasnęły. Siedziała na swoim łóżku i wpatrywała się w granatowe niebo usłane milionem gwiazd, gdy nagle usłyszała cichy trzask i zobaczyła przed sobą skrzata domowego. Nieznacznie się skłonił, podał jej kawałek pergaminu i zniknął. Kate kiedyś uwolniła skrzata wuja Morfina, wciskając mu na głowę swoją czapkę z daszkiem. Skrzat był własnością rodziny Riddle’ów, a wuj Morfin widział w nim towarzysza do gry w czarodziejskie szachy. Zrobiła to z czystej złośliwości, ale szybko pożałowała, bo od tamtej pory musiała sama grać z wujem.

Rozwinęła pergamin i przeczytała dwa wykaligrafowane zdania, napisane przez Albusa Dumbledore’a.


Komentuj [3]


Cisza Lasu @ 2006-02-16 17:40

W pokoju wspólnym nie spotkała Malfoy’a. Nawet jej to nie przeszkadzało. Nie wiedziała, jakby zareagował. Siedząc na kanapie przy kominku, wpadła w dziwną melancholię. Nagle uświadomiła sobie, jak bardzo nie znosi Slytherinu. Poczuła obrzydzenie do tego zielonego, zimnego pokoju. Zerwała się i wybiegła na błonia. Nad jeziorem zatrzymała się i usiadła na brzegu. Rzuciła jakimś kamieniem na środek ciemnej tafli. Najpierw nic się nie wydarzyło. Za chwilę jednak pod powierzchnią zburzyły się zamazane kształty. Każdy inny na jej miejscu odskoczyłby jak najdalej, ale ona uklęknęła i pochyliła twarz nad wodę. Jej oczom ukazała się, już trochę wyraźniej, blada, wręcz sina buzia. Tryton, pomyślała i zanurzyła głowę pod powierzchnię. Usłyszała głos syreny.

- Riddle. …mort… - urywki słów, na początku łagodne powoli zmieniały się w przerażone krzyki. - …mort… iddle…

Kate nie rozumiała. Mort? Czy mord? Kogoś zamordują?

- Voldemort! – wrzasnęła sina buzia i zniknęła między glonami na dnie.

Kate z zaskoczenia wyrwała się z wody. Po twarzy ciekły jej strugi, moczyły ubranie.

Wstała i wycisnęła wilgoć z krótkich, jasno blond włosów. Kilkanaście jardów dalej, w Zakazanym Lesie usłyszała ostry, cienki pisk. Pobiegła w tamtą stronę, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że niezmiernie ryzykuje. Wpadła między chaszcze już chwilę później, przedzierając atakujące ją gałęzie. Zmierzała w stronę polany, instynktownie przeskoczyła duży omszony głaz, który nagle wyłonił się pod jej nogami. Na polanie było jednak pusto. W całym Lesie zapadła głucha cisza, jakby zamarło każde życie. Zrezygnowana wróciła na skraj i powlokła się do zamku, nie zauważając długiego cienia tuż za sobą, który odprowadził ją do schodów, a potem znikł za lewą wieżą.  


Komentuj [4]


Wróg numer dwa? @ 2006-02-11 18:37

Kate została brutalnie wepchnięta do lochu. Stało tam biurko i kilka szafek. Coś pływało w wielu słoikach, porozstawianych po całym gabinecie. Zapewne było martwe, bo to, co pływało naokoło wyglądało, jak wnętrzności.

- Co ty sobie wyobrażasz? Po co tam lazłaś za Malfoy’em? – warczał Snape. Kate uniosła brwi. Skąd on wiedział?

- Wiesz, co to jest oklumencja?

Kate wiedziała. Milczała.

- No, właśnie. Przede mną nic nie ukryjesz. Więcej się tam nie zapuszczaj. Pamiętaj, że jestem opiekunem twojego domu i wyznaczenie ci kary zależy w wielkiej mierze ode mnie. – zagroził – Gdzie jest teraz Malfoy?

- Pewnie w Wielkiej Sali. – odparła ostrożnie – Albo w pokoju wspólnym Ślizgonów. – dodała na wszelki wypadek, żeby zabezpieczyć się przed ewentualnym czytaniem w myślach ze strony profesora. Ten wskazał jej ze złością drzwi wyjściowe.

Wyszła, mimowolnie się trzęsąc. Zawsze wszystko na nią. Miała tylko nadzieję, że Snape nie powie Malfoy’owi, iż to ona go „wydała”. Nie chciałaby mieć w nim wroga…

000

 

Weszła do Sali na śniadanie. Przy stole Gryffindoru siedział tylko Harry Potter z rudym Weasley’em. Kate znała ich rodzinę tylko z widzenia. Ministerstwo zajmowało się jej sprawami, jeszcze kilka lat temu, kiedy oddawano ją pod opiekę Morfina Gaunta. Wtedy to Artur Weasley wstawił się za jej wujem, aby go nie zamykali w Azkabanie.

Przeszła obok i rzuciła obojętne cześć w stronę Harry’ego.

- Cześć, Kate. – odpowiedział Harry. Kate słyszała jeszcze przyciszony głos rudego chłopca:

- Znasz ją, Harry?

- Spotkaliśmy się na Pokątnej, jak byłem tam z Hagridem. Ron, nie zaczynaj! To tylko nazwisko…

Więcej nie słuchała. Doszła do swojego stołu i zjadła małą kanapkę. W końcu zaczęli się zbierać inni uczniowie i w Wielkiej Sali zapanował rozgardiasz. Koło niej, z niewyraźną miną usiadł Dracon.

- Ciebie też się już czepiał Snape? – zapytał, sięgając po rogalik.

- Tak. – powiedział, zauważywszy, że Malfoy nie jest na nią za nic zły. – Zgubiłam się w okolicy trzeciego piętra i mi się dostało. Filch mnie zakapował.

- Mnie podobno tam widział.

Kate zastanowiła się, czy Snape naprawdę mógł do tego stopnia wejść w jej myśli, żeby zobaczyć to, co ona zobaczyła. Spojrzała w stronę stołu nauczycieli i popatrzyła na Snape’a z nienawiścią.

Kiedy biegła na pierwszą lekcję latania, dogonił ją Harry Potter. Mieli razem latanie, eliksiry, zielarstwo i coś tam jeszcze, czego Kate w danej chwili nie mogła sobie przypomnieć.

- Wiesz którędy? – zapytał. Oboje byli już spóźnieni. Dopadli dziedzińca, kiedy pani Hooch tłumaczyła, jak obsługiwać miotłę.

- Wyciągnijcie rękę i powiedzcie „do mnie”.

Większość mioteł nie wzbiła się powietrze. Między innymi miotła Kate. Ale nie dlatego, że jej się nie udało, a dlatego, że nawet nie próbowała. Potrafiła latać od czwartego roku życia.

Wreszcie wszystkim udało się dosiąść swoich egzemplarzy, więc Kate zrobiła to samo. Nagle któryś Gryfon poleciał do góry. Kompletnie nie mógł zapanować nad miotłą. Kate rozpoznała w nim pucołowatego chłopca, szukającego swojej ropuchy. Był już wysoko, kiedy miotła zwariowała i zaczęła lawirować, chcąc koniecznie go zrzucić. Nie utrzymał równowagi i w końcu spadł jak kamień na trawę obok zamku. Gdyby nie zaklęcie poduszki, które rzuciła nauczycielka, zapewne by się zabił.

- Niech nikt nie waży się dosiąść miotły, póki nie wrócę ze skrzydła szpitalnego! – rzuciła i zabrała Gryfona do zamku.

- Patrzcie! – usłyszała nagle głos Malfoy’a. – Sierota zgubiła kuleczkę. – w jego ręce błyskała mała kuleczka, zadymiona na czerwono. To była przypominajka.

- Oddawaj to, Malfoy! -  warknął Harry i wyszedł z rzędu przestraszonych Gryfonów.

- Chcesz? To sobie złap. – odszczeknął Dracon i wzbił się do góry. Potem wziął zamach i cisnął przypominajkę w powietrze. Harry Potter już był w powietrzu. Najpierw dość nieudolnie kierował drążkiem, zaraz jednak wystrzelił za kulką i tuż przed oknami zamku zrobił przewrót łapiąc ją w locie. Kate, podobnie jak cała reszta, była pod wrażeniem.

Harry wylądował z uradowanym uśmiechem. Znikł jednak, bo kilka sekund potem na dziedziniec wybiegła profesor McGonagal, opiekunka Gryffindoru i poleciła ostrym głosem:

- Potter, za mną!

Jak tylko zniknęli w korytarzu, Dracon rzucił:

- No i koniec kariery Pottera… - Crabbe i Goyle zawtórowali mu śmiechem. Kate natomiast nie wytrzymała.

- Przymknij się, Malfoy…! – zmierzył ją zimnym wzrokiem i odwrócił się do grupy innych Ślizgonów. Tym sposobem Dracon Malfoy stał się wrogiem, co prędzej czy później musiało nastąpić. Kate poczuła na sobie przyjazne spojrzenie Rona Wealsey’a i Hermiony Granger. Uśmiechnęła się do nich. Naprawdę się do nich uśmiechnęła…   


Komentuj [2]


Irytujący Iryt @ 2006-02-11 13:44

Poranek drugiego września wcale nie przyniósł odpoczynku. Kate nie mogła spać. Dlatego też szybko ubrała się i zeszła ze swojego dormitorium, w którym mieszkała z Pansy Parkinson i jej trzema koleżankami. Zamieniły kilka niezbędnych słów, ale nie przypadły sobie do gustu.

W pokoju wspólnym był Malfoy, czekał na swoich kolegów i skubał zawzięcie oparcie starego fotela przy zielonym kominku.

- Nie widziałaś na schodach tych kretynów, Crabbe’a i Goyle’a? – zapytał zaspanym głosem.

- Nie. – odpowiedziała – Nie widziałam nikogo. Śniadanie dopiero za godzinę.

- Tak, ale oni tu mieli być teraz! – warknął Malfoy, bardziej do siebie, niż do niej.

Nagle, jak na zawołanie ze schodów, prowadzących do dormitoriów wypadli dwaj rośli i przysadziści chłopcy, o wyjątkowo głupich wyrazach twarzy. Kate ledwo odskoczyła, bo mogliby ją stratować.

- Idioci! Nie posiadacie budzików? – krzyknął na nich Dracon – Idziemy. – zarządził.

Ruszył do kamiennej ściany, która natychmiast otworzyła przejście.

Kate chwilę zastanowiła się i pobiegła po cichu za nimi przez korytarz. Ze zdumieniem stwierdziła, że zmierzają na trzecie piętro. W ostatnim momencie schowała się za jakimś posągiem i obserwowała, jak Malfoy próbuje otworzyć drzwi na lewo. Narobił trochę hałasu, poleciwszy Crabbe’owi, żeby je wyważył. Rozejrzał się przerażony wokoło, ale nie zobaczył nikogo. W tym samym momencie dał się słyszeć zza drzwi stłumiony ryk. Teraz wszyscy czworo przerazili się nie na żarty. Kate była zmuszona odczekać aż Malfoy odbiegnie z kolegami, a dopiero wtedy uspokoiła nerwy. Ryk ustał. Podeszła na palcach do drzwi i schyliła się do dziurki od klucza. Niestety, ta była czymś zapchana.

- UCZEŃ NA TRZECIM PIĘTRZE!!! – ten wrzask rozległ się zaraz tuż nad jej głową. Spojrzała w górę i zobaczyła perlistego, brzydkiego ducha. To był Hogwardzki poltergeist, Irytek. Nie zdążyła zrobić kroku, a koło jej nóg pokazała się szara kotka, pani Noris, zwierzęcy szpieg woźnego, Filch’a. W ślad za nią pokazał się także sam Filch.

- No i masz problem… - powiedział przyciszonym głosem, podchodząc bliżej. Załapał ją za ramię, poczuła, że jego chude palce wpijają się w jej mięśnie. Będzie miała siniaki. Ale woźny chyba o to nie dbał. Pociągnął ją do hollu na parterze, gdzie stał Dumbledore i rozmawiał z profesorem Snape’m. Ten zmrużył niebezpiecznie oczy, kiedy zobaczył dziewczynę.

- Panie dyrektorze. – zaczął Filch – Ta smarkula szukała czegoś na trzecim piętrze. – jego twarz wykrzywił wredny uśmiech.

- Ta smarkula, to moja podopieczna i uczennica, Filch. Proszę ją puścić. – powiedział Snape.

- Chciała otworzyć tamte drzwi! – wytłumaczył woźny. Dumbledore uciszył go i utkwił swoje niebieskie oczy, zakryte okularami połówkami i twarzy Kate, najwyraźniej dając jej możliwość wypowiedzi.

- Ja… zabłądziłam. Te schody, na które weszłam, żeby dojść do biblioteki Zmieniły kurs i znalazłam się, sama nie wiedziałam gdzie. – skłamała.

- No widzisz, Argusie? – ucieszył się dyrektor, nie odrywając wzroku od Riddle. – Jest tu przecież pierwszy dzień. Zgubiła się. Puść ją, jak prosił Severus i choć ze mną chce ci pokazać tą komnatę, którą odkryłem wczoraj rano. – wziął woźnego pod rękę i wyprowadził zza róg.

Ale to wcale nie oznaczało końca siniaków dla dziewczyny. Za drugie ramię złapał ją Snape i pociągnął za sobą do lochów, gdzie była klasa eliksirów, których nauczał.


Komentuj [3]


Cienki początek @ 2006-02-10 20:29

Na peronie Kate podążyła z innymi pierwszorocznymi za Hagridem. Ten przepłynął z nimi jezioro. W tafli odbijał się monument zamku, osaczonego na szczycie urwiska. Nawet Kate patrzyła na niego z podziwem. Nowi uczniowie zostali zaprowadzeni do zamku przez wydrążony w skale korytarz i trafili do Wielkiej Sali, gdzie byli już zebrani wszyscy inni.

Kate wiele słyszała o ceremonii przydziału. Do każdego z czterech domów, uczniów przydzielała Tiara. Nazwy domów powstały od nazwisk założycieli szkoły: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin.

Tiara odśpiewała na początku swoją pieśń przywitalną i zaczęło się wyczytywanie nazwisk. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, do którego domu ją wezmą. Cieszyłaby się, jakby jej nie dali przydziału i wysłali do Dumstrangu. Ale co mogła teraz zrobić, stojąc w grupie przerażonych uczniów, pod kopułą zamkowej Sali, na której zostały magicznie umieszczone gwiazdy i świece? Nic, bo Dumbledore obiecał, że nie będzie robił żadnych kłopotów.

Wywołano kilku pierwszych uczniów, którzy dostali się kolejno do „przebiegłego Slytherina”, „odważnego Griffindora” , „sprawiedliwej Hufflepuff” i  „mądrej Ravenclaw”.

Największe emocje wywoływał u Kate ten pierwszy. Dom Lorda Voldemorta. Z jej nazwiskiem… Jeśli do niego trafi, nie będzie miała życia. Jakoś wciąż nie mogła zawierzyć obietnicy Dumbledore’a, chociaż coś jej mówiło, że on dotrzymuje słowa. Tak. Bała się reakcji.

Kiedy jasnowłosy, blady chłopak, nazwiskiem Malfoy usiadł przy stole Slytherina, oznaczonym zielonym herbem ze srebrnym wężem, Kate poczuła się źle. Po chwili wyczytano inne nazwisko.

- Harry Potter. – cała sala zamilkła. Wszyscy wpatrywali się w Pottera, który z nietęgą miną siadał na stołku. Długo trwało, zanim Tiara rozwarła szwy i wrzasnęła:

- GRIFFINDOR!

Z Harry’ego Pottera uszło powietrze. Z Kate również, bo po sekundzie…

- Kate Riddle. – znów cisza. Tym razem to ona była w centrum uwagi. Jej nazwisko robiło mniejszą furorę, ale na pewno wszyscy je znali. Wyszła na podest, zbierając się w sobie i usiadła we wskazanym miejscu. Niejaka profesor McGonagal założyła jej na głowę ową Tiarę, która zaczęła się głośno nad czymś zastanawiać. Po chwili zrozumiała, że głosik w jej umyśle należy do starego kapelusza.

- Riddle… Riddle… Był tu kiedyś pewien Riddle. Oj, źle się potem działo, źle…

Słowa Tiary wywołały u Kate pewien niepohamowany wstyd. Wiedziała, dlaczego. Podskoczyła z zaskoczenia, kiedy usłyszała:

- SLYTHERIN!...

Nadal cisza. Większość najwyraźniej zamarła w bezruchu, bo Kate nie słyszała żadnych odgłosów, nie mówiąc już o tym, że nic nie widziała, bo Tiara ledwo trzymała się jej na nosie.

Powoli rozlegały się ciche oklaski, już zaraz gorący aplauz Ślizgonów.

Profesor McGonagal drżącymi rękoma zdjęła jej Tiarę z głowy i posłała na miejsce przy stole Slytherinu. Kate udała się tam, czując na sobie kilka zaintrygowanych spojrzeń. Na szczęście znowu zajęto się Harrym Potterem. Usiadła obok Malfoy’a, który ochoczo wyciągnął do niej rękę.

- Mam na imię Dracon. – powiedział, a Kate podała mu swoją dłoń.

- Jestem Kate… odparła, ale Dracon jej przerwał.

- Wiem. Masz to samo nazwisko, co…

W tym momencie, jakby na życzenie Kate powstał Dumbledore. Nie zauważyła nawet, że ceremonia przydziału się skończyła i wszyscy „nowi” mieli już swoje domy.

- Witajcie. – powiedział dyrektor – Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! Muszę was poinformować, że w tym roku wstęp na korytarz po prawej na trzecim piętrze jest surowo zakazany. Dla wszystkich, którzy nie chcą umrzeć w straszliwych męczarniach. Zanim rozpoczniemy nasz  bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw! Dziękuję wam. – i usiadł.

Kate nie była głodna. Wmusiła w siebie trochę puddingu  i soku z dyni, który nie należał do najlepszych napoi, jakie piła, ale skutecznie gasił pragnienie. Zdążyła rozejrzeć się po stole nauczycieli i spostrzegła, że jeden z nich zmierza szybko ku niej. Znała go z opowieści wuja, mówił zawsze, że to taki sobie typ. Jej również nie wydał się sympatyczny. Nazywał się Severus Snape. Istotnie, podszedł akurat do Kate i pochylił się nad stołem.

- Czy panna Riddle mogłaby zostać chwilę dłużej zaraz po uczcie? Ciało pedagogiczne ma do pani coś do powiedzenia.

Przytaknęła i pomyślała, że jeszcze niczego nie zrobiła, a już pakuje się w kłopoty.

Odczekała, dość zdenerwowana do końca uczty i kiedy wszyscy uczniowie wyszli za swoimi prefektami podniosła się i ruszyła do stołu nauczycieli. Stanęła tuż naprzeciw i zdawało jej się, że nikt jej nie zauważył. Tylko profesor Snape patrzył na nią z ukosa. Usłyszała podniesione głosy:

- Albusie. – mówił krępy karzełek w fioletowej szacie – Co to ma znaczyć? Dlaczego ona trafiła do Slytherinu?

- Czy w Slytherinie jest coś złego, profesorze Flictkwik? – zapytał zjadliwie Snape. Dopiero teraz Kate zwróciła uwagę na jego długi nos i czarne włosy. W połączeniu z ciemną szatą, przypominał jej nietoperza. Albo Dementora. Mało lubiła strażników więzienia czarodziejów, Azkabanu. Zawsze nieśli ze sobą rozgoryczenie i zimno. Miała wątpliwą przyjemność kiedyś jednego spotkać.

- Nie mówię, że jest coś złego – ciągnął karzełkowaty nauczyciel – Tylko uważam, że osoba o takim rodowodzie nie powinna iść w ślady Sami-Wiecie-Kogo!

- Nie każdy z moich podopiecznych idzie w ślady Voldemorta. – oponował Snape, nie biorąc pod uwagę ogólnego wzdrygnięcia na dźwięk imienia Czarnego Pana.

- Ale zdecydowana większość! – odgryzł się Flictkwik.

- Moi drodzy, przestańcie. – dał się słyszeć ciepły głos dyrektora - Tiara dokonała wyboru, zapewne właściwego. Musimy jednak wyjaśnić pewne kwestie pannie Riddle, która od minuty i dwóch sekund słucha waszych niedorzecznych kłótni. – na te słowa wszyscy zauważyli jej obecność. – Zapewne wolałaby już być w pokoju wspólnym i odpocząć.

- Racja… - potwierdził Snape – Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że nieprzychylne komentarze będą cię spotykać na każdym kroku? – zwrócił się tym razem do niej.

- Doskonale sobie zdaję sprawę. – zapewniła i dodała – Przepraszam, nie chciałabym nikogo urazić, ale ja nie miałam znaleźć się w Slytherinie – spojrzała tu na Severusa Snape’a, dochodząc do wniosku, że musi być opiekunem tego domu. – I nie sądziłam, że będę się uczyć w Hogwarcie…

-Nikt nie sądził, Kate. – powiedział Dumbledore – Ale jesteś tu, zarówno w szkole, jak i w domu Slytherina, więc musimy wszyscy się przyzwyczaić do tej nietypowej sytuacji. Jak wiadomo, to nie jedyna taka sytuacja. Przybycie Harry’ego Pottera jest czymś równie ekscytującym, jak pojawienie się panny Riddle. – puścił do niej oko. – A teraz zmykaj! – rzucił i poczęstował ją jeszcze cukierkami ze stołu czarodziejów. Kate dziwnie szybko po nich zasnęła.


Komentuj [1]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]